środa, 28 stycznia 2015

Matki Polki rozwielmożnione nad miarę...


     pic. interia.pl


Afery z matkami w tle, najzwyczajniej w świecie mnie drażnią. Bo dlaczego obcy ludzie, nierzadko wiedzący na temat dzieci, tyle, że walą kupy, rzygają, drą się gdzie popadnie i są złem, które należy tępić, mają mnie uczyć i narzucać styl wychowania, postępowania, "hodowli", stworzenia, które osobiście, w wielkich bólach, wydałam na świat?


Im więcej wokół tego, zamieszania i rozgłosu, tym bardziej pogłębia się poziom mojej furii pomieszanej z niedowierzaniem.
Zapewne słyszeliście o Redaktorzynie, który napisał o "wózkowych" jako najgorszym gatunku matek...Pewnie jakby istniały jakiekolwiek obozy zagłady, posłałby je tam wszystkie razem, jednym pociągiem...

Pan Filozof pisze:
"Ich winy są najzupełniej oczywiste. Te nigdy niedomknięte furtki. Dzieciaki puszczone samopas, gdziekolwiek, a najlepiej na mój trawnik. To ich durne puszenie się świeżym macierzyństwem, które uczyniło z nich - przynajmniej we własnym mniemaniu - królowe balu. Patrzę więc, jak to idą i gdaczą, jak stroją fochy, uważając się za Bóg wie co. Jak pytlują nieprzytomnie, gdy tymczasem ich potomstwo obrzuca się piachem albo wyrywa sobie nawzajem włosy. Dzieci najwyraźniej potrzebne im do tego, aby coś znaczyć. Być Kimś. Domagać się urojonych praw i zawieszenia społecznych reguł.[...] Chodzi o wózkowe - wojowniczy, dziki i ekspansywny segment polskiego macierzyństwa. Macierzyństwa w natarciu, zawsze stadnego i rozwielmożnionego nad miarę. Pieszczącego w sobie poczucie wybraństwa i bezczelnie niegodzącego się na żadne ograniczenia."

Bezczelny świr. Pewnie sam nie ma dzieci. Może nawet "na szczęście". Bo byłyby zapewne kulą u jego nogi. Ewentualnie, kulę przywiązałby do nogi pociechy, która ośmieliła się wbiec na ich trawnik. Uwiązałby i wrzucił do Wisły.  Nie rozumie co to rodzicielstwo. Jaki to dar, a czasami nawet Cud. Zarówno dosłownie jak i w przenośni. Nie wie co to wielogodzinne porodowe zmagania. Nie wie co to kolki, rotawirusy i 40 stopni gorączki. Nie wie też, co to pierwsze "kocham", co to prowadzenie do ołtarza ukochanej córki, i co to szklanka wody przyniesiona na starość, gdy nogi nie mogą go zaprowadzić nawet do własnej kuchni.

Nieważne co sądzę ja o wózkowych. O matkach. O rodzicielkach.
Jestem jedną z nich. I z nimi będę się solidaryzować.

Do czasu.
Weekend. Sobota. Siedzimy w Ikei. Tuż za moimi plecami, Strefa Mamy z dzieckiem. Wygodny fotel. Stoliczek. Parawan. Sama wielokrotnie z niego korzystałam, wychwalając pod niebiosa Ikee, że tacy prorodzinni. Albo procycowi. Jak kto woli.
Przy wysepce ( bawialni dla dzieci) siedzą sami rodzice. Dwie rodziny 2+2 przykuwają moją uwagę. Obie z niemowlakami. Jedna z Mam wyciąga pierś, zaczyna karmić. Właściwie myślę, że po prostu przytula dziecko. Wgapiam się, wspominając "tamte" czasy. Przerywa mi, migusiem chowana przez ową matkę pierś. Właściwie nie jestem pewna czy ją tam ma. Bo nie widzę nic. I nie jest to zasługa mojej wady wzroku.
Obok druga rodzina, mama "wywala" cyc. Dziecko trochę ssie. Aby po chwili, z wielkim mlaskiem wypluć obślinioną, z ciągnącym się mleko-glutem  pierś. Dziecko się bawi ( matką), a cyc wisi sobie.
Jem. Widząc białego gluta, robię się, delikatnie ujmując, mniej głodna. Najada mnie widok wilgotnego cyca, demonstrującego swoje prawo do wolności. Za moimi plecami WOLNE miejsce dla Mamy z dzieckiem.
Weekend. Niedziela. Siedzimy w ulubionej restauracji.  Obok nas zasiada trzyosobowa rodzina. Bułkę jedzą przez bibułkę. Sztucznie, arystokratycznym językiem się posługując. Panu Ojcu, sałata podczas tej mowy ucieka z przestrzeni międzyzębowych. Wydmuchując przy tym hodowany chyba od wielu dni, na okoliczność wyjścia do restauracji katar, który co rusz, obwieszcza całej restauracji, ogrom jego przeziębienia. Kłótnia przy stole. Bo sześcioletnia(!) córka nie chce zupy, którą wmusza w nią Pan Ojciec, a mięsko, na które ostentacyjnie godzi się Pani Matka. O czym wie już również cala restauracja. Dziewczynka (sześcioletnia!) zarządza rodzicami. Krzyczy. Skacze przy stole. Córka nasza trzyletnia siedzi, je i patrzy z ogromnym zaciekawieniem. Restauracja to nie cyrk. Restauracja to też nie dom. Ona, trzylatka to wie. Bo taką wiedzę jej wpoiliśmy. W domu oczywiście o tej wiedzy częstokroć zapomina.
Wychodzą. Cisza. Nie ma glutów dmuchanych za stołem, nie ma wrzasków dziewczynki, i tłumaczenia w języku "ę", "ą" i w stylu bezstresowego wychowania, że przy jedzeniu siedzimy przy stole.
"-Uwiązałabym"- myślę.
I nagle uświadamiam sobie, że staję się Panią Kublik od amerykańskich znajomych i Panem Mikołejko, co to wózkowe obraził.

My matki trzymamy się razem. Jak wojenka dotycząca naszych Świętych Pociech, to w ogień pójdziemy jedna za drugą. Co za plecami mówimy to już materiał na kolejny wpis.
Czy naprawdę musimy tak bardzo demonstrować nasze szczęście? Czy Profesor Mikołejko, którego słowa tak nas uraziły, nie ma racji? Czy (szczególnie w stadzie)  nie możemy się choć trochę liczyć z ludźmi, którzy tak jak my macierzyństwo, wyznają "bezdzietność"?
Trochę same sobie jesteśmy winne, że traktują nas jak "rozwielmożniony nad miarę, dziki i ekspansywny" segment społeczeństwa.
Sama żądam respektowania moich praw i mojego macierzyństwa. Więc respektuję też prawa bezdzietnych...

7 komentarzy:

  1. Wszystko co napisalas, to niestety prawda. Wiele z nas (matek) zapomina, ze z dniem przyjscia na swiat naszych pociech, stajemy sie (poza byciem kobietami, zonami, kochankami, business women itp.) takze matkami, co dla mnie osobiscie jest synonimem WZORU DO NASLADOWANIA! To my mamy blyszczec przykladem, my mamy uswiadamiac dziecku czym jest bon ton , a co uznajemy za brzydkie faux pas. My powinnysmy chronic swoje cialo (jak np. podczas karmienia piersia), bo jest ono czyms pieknym aczkolwiek prywatnym, i to, nasze dzieci powinny czuc juz od pierwszych dni, aby pozniej bylo to dla nich czyms naturalnym. Najwazniejszy jest jednak szacunek. Szacunek, ktory nalezy sie kazdemu ,i to wlasnie szacunku do drugiego czlowieka, brakuje wielu obecnym mamom.

    OdpowiedzUsuń
  2. Niestety wiele krytycznych uwag kierowanych wobec matek jest w pełni uzasadniona. To że mam maleńkie dziecko karmione naturalnie nie oznacza, że całe otoczenie musi o tym wiedzieć bo nawet gdy w pobliżu nie ma przywołanego przez Ciebie kącika i tak można to zrobić tak dyskretnie, że "otoczenie" nawet się nie domyśli że maluch się posila a nie np. przytula. Szacunek wobec otoczenia i pewnych norm jakie obowiązują trzeba pokazywać dziecku nie tylko na bajkowych przykładach czy też błędów "innych" ale przede wszystkim własnym przykładem.

    OdpowiedzUsuń
  3. Święta prawda. Wszystkie dudniły jakich to złych jest tych dwoje od artykułów, które wspominasz. A jak siądzie jedna z drugą w restauracji to sama się oburza, że ktoś jak bydło ze słomą w butach do ludzi wychodzi. Ale na forach- SOLIDARNOŚĆ UDAWANA!!!

    OdpowiedzUsuń
  4. Odpowiedzi
    1. To teraz jeszcze pomyślcie jak to "rozwielmożnianie" działa na tych, którzy z jakichś powodów dzieci mieć nie mogą. A chcą. Na tak zwane "aniolkowe mamy", którym pęka serce na widok karmiących publicznie matek. Na tych, którzy nie mogą znieść widoku szczęśliwych matek w ogóle, choć wiedzą, ze matki te Bogu ducha winne są. Cieszcie się rodzicielstwem, ale pomyślcie przy tym czasem czy przypadkiem komuś nie roztrzaskuje się serce na kawałki kiedy na Was patrzy.

      Usuń
    2. Dokładnie o tym myślę. Doskonale wiem co znaczy przechodzić obok takich wózkowych i czuć się jak "towar wybrakowany". Wiem, z jaką zazdrością można patrzeć na takie matki...Jeśli piszesz o sobie...trzymam kciuki. Tak mocno jak tylko potrafię... I ściskam!

      Usuń
  5. przeczytałam, ale się nie wypowiem. temat rozdmuchany. pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń